środa, 14 sierpnia 2019

O Rio de Janerio kilka słów...

Zajęło mi raptem pół roku, żeby się zebrać i napisać kilka słów o Rio, ale w końcu się udało. Macie chwilę czasu? Jeśli tak, to zapraszam Was w niezwykłe miejsce. W miejsce, które bezlitośnie powaliło nas na kolana. Miejsce, które można pokochać od pierwszego wejrzenia za swoje piękno, albo znienawidzić za zgiełk i hałas. Łapcie kubek kawy, i zapraszam!

Miasto sprzeczności

Rio de Janeiro. Któż o nim nie słyszał? Pierwsze skojarzenia, to oczywiście karnawał ewentualnie posąg Chrustusa. Ale uwierzcie, Rio to coś więcej. Dużo więcej. Rio to ogromne miasto i nie ma możliwości by zwiedzić je gruntownie w ciągu kilku dni. Nie jestem pewna czy miesiące byłyby wystarczające. Można podjąć próbę opowiedzenia o nim, ale będzie to walka nierówna. Bo jakim cudem pokazać smak, zapach i atmosferę tych ulic? Jakich słów użyć, żeby opisać co się czuję przechadzając po plażach Rio wdychając ciepłe brazylijskie powietrze? Jak oddać miękkość piasku pod stopami na Copacabanie albo Ipanemie? Czy opisując doskonałe jedzenie, użycie słów smaczne, pyszne czy lepszego nie jadłam, naprawdę oddaje smak? Jedno jest pewne Rio powala, miażdży, zdumiewa, przeraża swoją wielkością. Pachnie bosko i odrzuca swym zapachem, powoduje, że czujesz się jak w domu, a jednocześnie czujesz się jak mrówka w wielkim mieście. Wielkie, pełne sprzeczności, potargane. Jest piękne, bogate ale i brzydkie i biedne. Wiecie czym są fawele? To miejsca w których żyje ta najbardziej biedna część społeczeństwa. Dosłownie to dzielnica nędzy.  Mówi się, że co piąty mieszkaniec Rio mieszka w fawelach, czyli kilka milionów. Jednak o tym co brzydkie nie lubimy mówić. Fawele usytuowane są w różnych częściach miasta. Tuż  obok najbogatszych dzielnic. To powoduje, że ten kontrast między biedą i bogactwem jest jeszcze bardziej widoczny. Jak to slumsy, fawele nie cieszą się zbyt dobrą sławą. Odradza się zwiedzanie ich, ze względu na to, że po prostu nie jest tam bezpiecznie. Fawele to miasta w miastach, rządzą się własnymi prawami i żyją własnym życiem. Ale to także część miasta i nie da się przejść obok nich obojętnie.



















A teraz zamknij oczy i wyobraź sobie, że w jednej chwili znajdujesz się w jednym z najsłynniejszych miejsc na świecie. Przytłaczając Cię przerażająco wielkie budynki, uliczny ruch, czujesz zapach jedzenia, mijasz ludzi w garniturach biegnących do pracy, gdzie nie spojrzysz napotykasz niesamowite perełki architektury, stare miesza się z nowym, drapacz chmur obok niskiego, zabytkowego budynku, słońce zalewa ulice. Typowy miejski klimat. Mam słabość do wielkich miast więc czuję się jak w domu. Ale jeśli czujesz się nieco przyduszony wystarczy, że oddalisz się nieco od tego zgiełku i dotrzesz nad ocean. Masz w głowie wizję zatłoczonej, głośnej plaży? Muszę zburzyć tą wizję. Ludzi jest stosunkowo niewielu, a widok niesamowity. Wielkie fale, zdumiewająco ciepły ocean i ten delikatny piasek. Włócząc się po plaży możesz naprawdę się zrelaksować. Życie nabiera innego wymiaru. Ma się wrażenie, że to się nie dzieje naprawdę. Wszystko tu płynie spokojnie, bez pośpiechu. Ktoś roznosi drinki, chłopcy grają w piłkę, ktoś inny skacze przez fale. Magia dzieje się tu i teraz.

Copacabana

















Ipanema























Jedzenie

Naprawdę długo myślałam, co napisać o jedzeniu w Rio. Bo określenia, że jest dobre, genialne czy fantastyczne wydają się dziecięcym gaworzeniem. Jedzenie miażdży mózg i powoduje, że ma się ochotę płakać. I piszę tutaj całkowicie serio. Czego warto spróbować?

1.      Owoce. Nie sposób przejść obojętnie obok nich. Słodkie, soczyste, idealne. Przyznaję, że niektóre widziałam po raz pierwszy w życiu, i po raz pierwszy w życiu miałam okazję ich spróbować. Nasze śniadania zabijały prostotą. Trzy talerze wypełnione mango, papają, bananem i ananasem. Nuda? Pozwólcie, że zabiję Was śmiechem. Każdego dnia jedząc tonę papai czuliśmy się jak Bogowie. Myślałam, że znam smak banana i niczym nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Rio pokazało mi, środkowy palec. Odszczekuję. Nie wiedziałam.


















2.      Mięso. Tak, mili Państwo. Mięso. I tak, ja osoba o jednoznacznej opinii na temat mięsa wciągałam je nosem. Ale umówmy się, w Brazylii wiedzą jak obchodzić się z mięsem. Jest naprawdę dobrej jakości i doskonale przyrządzone. Gdzie jeść? Co wybrać ekskluzywną restaurację czy bar przy plaży? Powiem Wam, że tu nie będzie wtopy. Jedliśmy w różnych miejscach. Na środku skrzyżowania w centrum, w barze przy plaży i w niesamowitych restauracjach schowanych z dala od zgiełku miasta. I wiecie co? Wszędzie, absolutnie wszędzie jedzenie było zniewalające. Idealnie wysmażone, doskonale  podane, powodujące, że kubki smakowe eksplodują. Na co warto się skusić? Na pewno steki. Filet mignon, filet sirloin, ribeye może zakręcić się w głowie, ale każdy z tych steków zachwyca. Doskonale wysmażone, naprawdę idealne. Coś co skradło moje serce, to kanapka z rwanym mięsem z żeberek przykryte serem podawane z sałatką. Kiedy zjadłam ją pierwszy raz, nie mogłam przestać marzyć o tym, żeby zjeść ją ponownie. A kiedy zjadłam ją po raz drugi, wiedziałam, za czym będę tęsknić najbardziej.  Dla fanów carpaccio też coś się znajdzie. Wyborne, aromatyczne i nieprzeciętne. 




3.      Ryby i owoce morza. Stek z tuńczyka czy carpaccio z ośmiornicy? A może ryba w sosie albo kawałki ryby smażone w panierce na głębokim oleju? Nie ma nic lepszego. Przysięgam!






















4.      Frytki z juki/ kassawy/manioku. Kiedy byłam dzieckiem, moja mama hodowała w domu jukę. Pamiętam dokładnie jak wyglądała ta roślina, dlatego kiedy zobaczyłam z menu Yuka Fries, pomyślałam, że nie mogę ich nie spróbować. Są nieco inne w smaku, niż ziemniaki. Bardzo sycące i specyficzne. Ale naprawdę fenomenalne! Mam wrażenie, że można je jeść zarówno na słodko, jak i na słono.


 




5.      









   5.  Placki z tapioki. Tapioka to kaszka z manioku. A placki z niej są genialne. Słodkie np. z nutellą i bananem lub wytrawne np. z pastą jajeczną i serem. Sprzedawane na każdym rogu były dla nas idealną przekąską.






6.      6. Caiphirinia. No dobrze. Miało być o jedzeniu, a tu drink. Ale.. bez niego ten wyjazd nie byłby tym czym był. Czas na caipirinię jest zawsze. ZAWSZE!





















Połączenie gór, morza, plaż, lasów- Coś co rozerwało moje serce na strzępy. Stoisz na jednej z gór i widzisz wszystko co kochasz. Ocean, góry, plaże, lasy, światła miasta. Wszystko się przenika i łączy.  Wrażenie jest niesamowite i zapiera dech w piersiach.

















Miasto muzeów i teatrów- W Rio jest 79 muzeów i 133 teatry. Najbardziej znany teatr to oczywiście Narodowy. Jeśli chodzi o muzea, to warto wybrać się do Muzeum Jutra, które we wtorki jest bezpłatne.  
















Miasto plaż- To tu znajdują się chyba najbardziej znane plaże świata. Copacanana, Ipanema, Leblon. I choć wydawało mi się, że będzie mnóstwo ludzi, zgiełk i szał, bardzo się pomyliłam. Jednak w moich żyłach mocno zakorzenione są wspomnienia, z nad polskiego morza. Można spokojnie usiąść, odpocząć i podziwiać widoki. Rio to miasto wielu kolorów, narodowości. Jest dość tolerancyjne. Plaże dla środowisk LGBT oznaczone kolorowymi flagami. Wyeksponowane pośladki i ciała niekoniecznie idealne. Powiedziałabym nawet, że głównie nieidealne. Nikt nie komentuje faktu, że tamta Pani nie powinna ubierać stroju, a ten Pan powinien przejść na dietę. Freedom, Ladies and Gentelmen.


Jakie miejsca polecamy odwiedzić?

Oczywiście Chrystus- nawet dla tych, którzy nie są zbyt wierzący. Czy warto? To w końcu cud świata wpisany na listę dziedzictwa UNESCO i słabo by było, gdyby ktoś odwiedził Rio i nie zobaczył jego najważniejszego zabytku. Dlatego myślę, że warto się tam pojawić. Ale kiedy poczekamy w kolejce na górę, poprzepychamy się już między milionem ludzi przy posągu, podepczemy tych co leżą (typowe zdjęcie z Rio, to takie które ktoś robi nam leżąc, wtedy widać cały posąg), z przyjemnością wrócimy w spokojniejsze miejsca.

Góra Cukru- To miejsce urzekło nas bardziej niż posąg. Widok niesamowity, nieco spokojniej. Polecam wybrać się tam o zachodzie słońca. Niesamowite wrażenia.

Kawiarnia de Colombo- Czym jest dla mnie szczęście? Filiżanką kawy z przyjaciółmi w Confeitaria de Colombo. To kawiarnia w centrum Rio z okresu Belle Epoque, a konkretnie z 1894. Cudowne miejsce pachnące kawą, słodkimi deserami i przemiłymi ludźmi. Czas się po prostu tam zatrzymał. Weszłam i miałam wrażenie, że cofnęłam się w czasie. Pyszna kawa, cudne desery, pełnia szczęścia. Nie kłamię.

Kościoły/ klasztory/ sanktuaria- Wiem, wiem, nie każdy ma ochotę na pielgrzymkę, ale niestety odwiedzając kościoły można poznać trochę kultury i historii. W Rio na uwagę zasługuje na pewno Katedra św. Sebastiana. Jest to przedziwna budowla w kształcę ściętego stożka. Przypomina trochę piramidy Majów. Włócząc się po mieście można trafić do innego niezwykłego kościoła- Kościoła Cinelandia, który okazał się niesamowitym miejsce. A przy stacji metra Carioca wypatrzyłam kościół św. Antoniego. Malutki, niezwykle bogato zdobiony kościół.

Maracana- Nie jestem fanką piłki nożnej, ale to zdaje się punkt podstawowy dla fanów piłki nożnej.
Dzielnice Lapa i Santa Teresa- Powiedzmy, że te dwie dzielnice mają dość średnią reputację. Ale mają coś co trzeba zobaczyć. W dzielnicy Santa Teresa znajduje się historyczna linia tramwajowa, którą zdecydowanie warto się przejechać. Historyczna, niezwykle oryginalna zabudowa, akwedukt Carioca, i mnóstwo pięknych widoków.

Lapa- tam znajdziemy słynne Escadaria Selaron. Mają 215 stopni i są pokryte pnad 2000 płytek z różnych stron świata. Wsród nich jest także płytka z Polski, niestety nie udało nam się jej znaleźć. Twórca schodów Jorge Selaron stworzył coś naprawdę niezwykłego. Mieszkał w pobliżu schodów i jakby dla własnego kaprysu rozpoczął ten niezwykły projekt. Miejsce jest wyjątkowe i poruszające.

A co z karnawałem!

Kto go nie zna niech podniesie rękę. Karnawał w Rio to nie tylko Sambodrom.  Zanim ruszy najsłynniejszy korowód świata, kilka tygodni przed przemarsze odbywają się w mieście i biorą w nich udział wszystkie dzielnice. Podczas naszego pobytu mieliśmy okazję zobaczyć przemarsz przez dzielnicę Tjujuca. Powiem Wam szczerze, że to był wyjątkowe przeżycie. Sambodron jest spektakularny, ale jest na nim mnóstwo turystów, jest to impreza światowa. Przemarsze poszczególnych dzielnic są o tyle niesamowite, że wychodzą na nie zwykli ludzie. Przebrani, pomalowani. Turyści to szczątkowe ilości. Byliśmy sporą atrakcją, a ja jako blondynka o jasnej skórze, w szczególności. Ale zaczepki nie były absolutnie nieprzyjemne, ludzie byli bardzo mili, uśmiechnięci. Wspólna zabawa łączy. Przejście tym korowodem było zdecydowaniem jedynym z tych wspomnień o których będę pamiętać.


Czy polecam wyprawę do Rio? A czy niebo jest niebieskie? Nie ma się co zastanawiać. My wycieczkę zorganizowaliśmy sobie sami, a właściwie zorganizował nam ją mój genialny małżonek ( w tym miejscu cała nasza ekipa bije pokłony i pisze pieśni pochwalne). Nie ma się czego obawiać. Czuliśmy się naprawdę bezpiecznie. Myślę, że wszystko jest kwestią dobrej organizacji. Ta wyprawa była wyjątkowa pod każdym względem. A w dużej mierze, to zasługa naszej Fantastic Eight! Z Wami mogę podbijać świat! Dziękuję.
Dla mnie podróżowanie to oddychanie, a dla Ciebie?

poniedziałek, 12 listopada 2018

Feta zapiekana z pomidorami i szpinakiem

Czy Wy też obsesyjnie tęsknicie za smakiem dobrego pomidora? Ja ostatnio wpadłam w małą obsesję. Zdałam sobie sprawę, że minie sporo czasu, nim zjem naprawdę pysznego i soczystego pomidora. To nie napawa radością. Chciałabym przestać myśleć o lecie, słońcu i wysokich temperaturach. Ale nie potrafię. Obiecałam sobie, że nigdy nie będę już narzekać, że jest mi za ciepło. W związku z tą tęsknotą postanowiłam przygotować coś, co przynajmniej częściowo mnie zadowoli. I udało się. Przypomniałam sobie, że jadłam podobne danie w jednym z najbardziej niesamowitych miejsc. W zeszłym roku, bawiliśmy się na wakacjach na greckiej wyspie Samos (której odwiedzenie bardzo zresztą polecam). Jak zawsze staraliśmy się odwiedzić każdy możliwy kąt. Trafiliśmy do pewnego niezwykłego miejsca. Do restauracji, która na długo pozostanie w naszej pamięci. Cóż z tego, że właściciel nie mówił ani słowa po angielsku, a jego córka słabo.  Cóż z tego, że byliśmy tam jedynymi turystami, to było akurat ekstra. Cóż z tego, że menu było głównie po grecku. Atmosfera tego miejsca była niezwykła. Zostaliśmy bardzo wylewnie przywitani, poczęstowani lokalnymi przekąskami, a różnice kulturowe czy inny język przestały mieć znaczenie. Właściciel przysiadał się do swoich gości, dyskutował, mieliśmy wrażenie, że jesteśmy częścią tamtej społeczności. Czuć było tą rodzinną atmosferę, zamiłowanie do dobrego jedzenia i potrzebę spędzania czasu razem z przyjaciółmi. Wszystko było idealnie! To właśnie tam, zjadłam pierwszy raz zapiekaną fetę z pomidorami. Postanowiłam odtworzyć przepis, trochę przy nim pomajstrować, i choć na chwilę przenieść się w te ciepłe i smaczne rejony. Wiem, że feta głównie kojarzy się z sałatką grecką, ale myślę, że wersja zapiekana pozytywnie Was zaskoczy. Właściwie to danie jest bardzo uniwersalne. Może wystąpić w roli śniadania, co powiecie na wbicie jajka na fetę? Świetnie sprawdzi się jako przekąska, lub tak jak w moim przypadku jako ciepła kolacja.  





















Składniki:
dwie duże garście szpinaku
puszka pomidorów lub 4 świeże pomidory (pozbaw je skóry)
ser feta
łyżka śmietany
czosnek- drobno posiekany
pieprz
sól
chili w płatkach
łyżeczka masła
pestki z dyni

Wykonywanie:
Szpinak umyj, wrzuć na patelnię i dodaj masło. Gdy woda odparuje, a szpinak zmniejszy objętość dodaj czosnek i śmietanę. Wymieszaj całość. Przyłóż do małego naczynia żaroodpornego. Na tą samą patelnię wrzuć pomidory. Jeśli używasz całych poczekaj aż się rozpadną. Te z puszki wystarczy podgrzać tylko chwilę. Przypraw solą i pieprzem. Wymieszaj i przełóż na szpinak. Fetę pokrój w ok plastry i ułóż na pomidorach. Posyp płatkami chili. Wstaw do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni i piecz przez 15 minut. Po lekkim wystudzeniu posyp pestkami dyni, jeśli lubisz.

Smacznego!

niedziela, 4 listopada 2018

Kanapka z masłem orzechowym, jabłkiem i granatem

Nie było mnie tutaj tak dawno, że naprawdę nie wiem od czego zacząć. W skrócie napiszę tylko, że w ciągu dwóch miesięcy zdarzyło się tyle, i tyle dla siebie zrobiłam, że chyba w ciągu ostatnich 5 lat nie miałam takiego szaleństwa. Postanowiłam pobyć trochę egoistką i w końcu zrobić kilka rzeczy dla siebie, takich na które zawsze brakowało czasu, odwagi i śmiałości. Teraz w końcu jest tak jak powinno, choć musiałam to ogarnąć. Spełnianie marzeń czasami bywa trudne. Ale to przecież zmiany na lepsze! Nadal biegam, nadal joguję i nadal jem. Jedyne co się zmieniło to to, że trochę musiałam zmienić dietę ze względu na hiperinsulinemię i insulinooporność. Niby pestka, niby nic, bo przecież zawsze jadłam zdrowo, ale jednak trochę mnie to przerosło i musiałam ogarnąć także i ten temat. 
Dzisiaj na dobry początek postanowiłam zebrać się i w końcu sfotografować to co jem. Dziś padło na kanapkę na słodko. Uwielbiam masło orzechowe w połączeniu z bananem, ale jak wiemy z jabłkiem też mu po drodze. Całość posypałam kawałkami surowego kakao, wiórkami kokosowymi i granatem. Pycha!





















Składniki:
2 kromki ciemnego dobrego pieczywa
masło orzechowe
pół jabłka
kakao (surowe w kawałkach- można zetrzeć gorzką czekoladę)
wiórki kokosowe
ziarenka granatu

Wykonywanie:
Z chleba zrób tosty. Każdą kromkę posmaruj masłem orzechowym. Na nie połóż pokrojone w plasterki jabłko. Posyp kakao, wiórkami i ziarnami granatu.

Smacznego!

wtorek, 21 sierpnia 2018

Chłodnik z pomidorów, papryki, ogórka i serem bałkańskim

Nie muszę pisać o tym, że kocham gotować i jeść. Ale oprócz tego, uwielbiam jeść posiłki ze swoimi przyjaciółmi. I wcale nie muszą to być posiłki w stylu restauracyjnym. Często wybieramy coś prostego i szybkiego, ale smacznego. Bardzo lubię podawać np. foccacię z ziołami, a do niej pyszną grecką oliwę. Każdy urywa kawałek dla siebie, polewa oliwą i jest idealnie. Wspólnie komentujemy, śmiejemy się, ktoś rozlewa oliwę, inny pyta o przepis, komuś przypomina się, że kiedyś robił coś podobnego albo o czym takim słyszał. Toczą się zwykłe codzienne rozmowy. Próbujemy, uczymy się od siebie nowych smaków, nikt niczego nie udaje, każdy jest sobą. Lubię ten moment. Wspólne posiłki zbliżają ludzi, podobnie jak wspólne gotowanie. A teraz zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie dojrzewające w macedońskim słońcu pomidory. Obłędnie pachną i mają niesamowity kolor. Wszystko co z nich powstanie, jest pyszne, to oczywiste. Podczas wakacji, cała nasza ośmioosobowa ekipa zabrała się do przygotowania tego chłodnika. Chodził nam po głowach od czasu, kiedy spróbowaliśmy tamtejszych pomidorów. Każdy włożył w niego część siebie. To musiało się udać! Do tego ser macedoński i salsa z warzyw. Czy istnieje coś lepszego? Na pewno. Ale dla nas w tamtym momencie, na wielkim tarasie z widokiem na jezioro ochrydzkie, nic lepszego nie istniało. To było najlepsze co mogło powstać.  




















Składniki:
1 kg pomidorów
1 mały pomidor
2 duże cebule
2 papryki (dowolne)
2 ząbki czosnku
sól
pieprz
chili
1/3 szklanki oliwy
2 plastry ciabatty lub bagietki

salsa
ogórek zielony
1 ostra papryczka
1 słodka papryka

ser bałkański/ feta

Wykonywanie: 
Wszystkie składniki na chłodnik dobrze zmiksuj. Dopraw do smaku solą i pieprzem. Przygotuj salsę. Ogórka i papryki pokrój w mała kostkę, a ser pokrusz. Zmiksowaną zupę wstaw do lodówki, musi być porządnie schłodzony. Gdy już będzie gotowy do jedzenia, przelej porcję chłodnika na talerz i posyp ogórkiem, paprykami i serem. Jeśli masz ochotę skrop oliwą i posyp płatkami chili.

Smacznego!

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Prosta sałatka z arbuza, sera bałkańskiego z oliwą i suszonymi płatkami chili

Jeśli zdarza Wam się wpadać na mojego facebook'a to wiecie, że ostatnio sporo się tam działo. Tutaj, to oczywiste mniej, bo nie miałam czasu na umieszczanie przepisów. Przez ponad dwa tygodnie bujaliśmy się trochę tu i tam. Głównym celem była Macedonia i miasto Ochryd, ale udało nam się zobaczyć także Albanię i spełnić nasze marzenie, które mieliśmy od dawna, odwiedzić Meteory. Było niesamowicie. Nie pytajcie ile ton pomidorów i arbuzów zjedliśmy. Owoce i warzywa w Macedonii są doskonałe, a targ w Ochrydzie to miejsce które będę wspominać z sentymentem. Uśmiechnięci ludzie sprzedają świeże i pyszne produkty. Mogłam tam chodzić, wybierać i po prostu chłonąć atmosferę tego miejsca. Robert Makłowicz powiedział w jednym ze swoich programów, że jeśli nie jadło się macedońskich pomidorów nie wiemy jak powinny smakować. Podeszłam do tego dość sceptycznie, dopóki ich nie spróbowałam. Pyszne, soczyste, a sok cieknący po brodzie i rękach nie robił na nas żadnego wrażenia. Zjadaliśmy ilości hurtowe. Z arbuzami było podobnie, mimo, że za nimi nie przepadam. Tamtejsze jednak były słodkie i pyszne aż chciało się je jeść! Najczęściej przygotowywaliśmy taką sałatkę na śniadanie. Jest prosta, ale niesamowicie smaczna. Zamiast sera bałkańskiego można użyć dobrej jakości fety. Długo będę wspominać nasze śniadania w najlepszym towarzystwie na tarasie z widokiem na góry, jezioro i miasto Ochryd. A tymczasem pędzę skonstruować sobie taką sałatkę. 




















Składniki:
nie podaję dokładnych proporcji, to nie jest tego typu przepis:)

arbuz
ser bałkański (np. z mleka koziego) lub feta
oliwa dobrej jakości
suszona papryczka chili/ płatki chili

Wykonywanie:
Arbuza pokrój w kawałki i przełóż do miski. Wkrusz fetę, polej oliwą i posyp papryczką chili. Delikatnie wymieszaj. Nic prostszego:)

Smacznego!

poniedziałek, 30 lipca 2018

Pełnoziarnista focaccia w wersji słodkiej z brzoskwiniami

Jak pisałam w poprzednim poście, mamy atak brzoskwiń z działki. A ponieważ będąc na Malcie, poczułam z jakiegoś powodu chęć na włoską focaccie, postanowiłam połączyć te dwie rzeczy. Bardzo lubię ją za to, że jest tak cudownie uniwersalna. Znakomita z solą morską i oliwkami lub ziołami i czosnkiem, zanurzana w oliwie. Albo jeśli ktoś woli, w wersji słodkiej. Użyłam tym razem mąki pełnoziarnistej na pół z mąką pszenną. Ale jeśli dla kogoś jest to "za zdrowe" możecie użyć tylko mąki pszennej. Jednak zmiana mąki zarówno focacci jak i nam wyszło to na dobre. Wstyd się przyznać, ale wsunęliśmy prawie całą na śniadanie popijając kakao. 





















Składniki:
250 g mąki pszennej pełnoziarnistej
250 g mąki pszennej
łyżeczka soli
łyżeczka cukru
30 g świeżych drożdży
ok 300 ml ciepłej wody
brzoskwinie- pokrojone w plasterki
cukier trzcinowy

Wykonywanie:
Drożdże rozkrusz w miseczce i posyp cukrem. Dolej pół szklanki ciepłej wody, wymieszaj i odstaw do wyrośnięcia na 15 minut, aż zacznie bąbelkować. W dużej misce połącz obie mąki dodaj sól i resztę wody. Na końcu dodaj wyrośnięty zaczyn. Wyrabiaj ręcznie lub za pomocą miksera aż ciasto będzie gładkie i elastyczne. Odstaw w ciepłe do wyrośnięcia na ok godzinę. Po tym czasie wyłóż ciasto na małej blaszce i ułóż brzoskwinie. Odstaw w ciepłe miejsce jeszcze na ok 20 minut. Rozgrzej piekarnik do 180 stopni i wstaw wyrośniętą focaccię. Piecz ją ok 25-35 minut. 

Smacznego!

piątek, 27 lipca 2018

Koktajl Bellini

Ledwie wróciliśmy z Malty, a już przywitała mnie tona brzoskwiń. Ponieważ mam taką dziwną przypadłość, że nie toleruję brzoskwiń w postaci przerobionej (soki, dżemy, brzoskwinie w puszce) wiedziałam, że muszę je wykorzystać natychmiast. Lubię je świeże i koniec kropka. Ponieważ ostatnio przerasta mnie ciągłe pakowanie i rozpakowywanie toreb, przygotowałam coś, co pomoże mi w zrelaksowaniu się po tym żmudnym zajęciu. Nie narzekam absolutnie, bo pakowanie oznacza wakacje i to jest cudowne, ale każdy ma jakąś rzecz której szczerze nienawidzi, a u mnie jest to właśnie rozpakowywanie. Dobija mnie widok rozwalonych rzeczy, dlatego nie ważne o której wracam, przynajmniej częściowo muszę coś ogarnąć. Z Malty wróciliśmy do domu o 3 w nocy i mimo to, rozpakowałam jedną torbę wmawiając sobie, że przecież robię to, żeby mieć jutro miej roboty. Ale tak naprawdę to prawdziwy objaw szaleństwa. Taki mały bzik z którego zdaje sobie sprawę, i wiem że nie jest to normalne. Akceptuję swoje dziwne przypadłości i nawet nie walczę z wiatrakami. Tylko, że kiedy w końcu wszystko ogarnęłam uznałam, że to robota głupiego, bo w przyszłym tygodniu znowu będę wyciągać te wszystkie graty i pakować się od nowa.
Zanim przejdę do przepisu muszę się do czegoś przyznać. Uwielbiam Prosecco. To taka moja mała, kolejna słabość. To taki rodzaj alkoholu, który bardzo lubię mieć w zapasie. Dlatego kiedy dostałam brzoskwinie, natychmiast pomyślałam o Bellini. A cóż to takiego? To mieszanka Prosecco z musem brzoskwiniowym. Wywodzi się z Włoch, a konkretnie z Wenecji. Jest śmiesznie prosty do wykonania i zabójczo pyszny. Powinien być dobrze schłodzony przed podaniem. Idealny na ciepły, letni wieczór.


























Składniki:
2 małe lub jedna duża brzoskwinia
350 ml schłodzonego Prosecco

Wykonywanie:
Prościej być nie może. Usuń pestki z brzoskwiń i zmiksuj je na gładki mus. Nie trzeba ich obierać. Mus można przetrzeć przez sitko, żeby był bardziej aksamitny. Ja z tego zrezygnowałam. Lubię drobne kawałki owoców. Do musi dolej Prosecco i delikatnie wymieszaj. Podawaj dobrze schłodzone.

Smacznego!